Kalendarium

Wtorek, 2020-02-18

Imieniny: Konstancji, Krystiana

Wspomnienie o Janie Sztaudyngerze Kazimierza Mikołaja Urbańczyka

Wspomnienie o Janie Sztaudyngerze  Kazimierza Mikołaja Urbańczyka z Krakowa (http://kazeku.republika.pl/litera/Sztaudy.html) (1999)

           

Marzył, by być poetą lirycznym, by tworzyć religijne dramaty, ale co z tego: najlepiej wychodziły mu drobne satyryczne fraszki. Wyżywał się w nich, nie gardząc dwuznacznościami i jawnymi sprośnościami, w kontraście do osobistego życia, które płynęło dość świątobliwie. Widać i taki poeta Panu Bogu był potrzebny. I pewnie po to obdarzył go takim a nie innym talentem, by wiadomo było, że i Jemu nieobce jest poczucie humoru.

Gdy z początkiem lat trzydziestych Sztaudynger urządzał w Krakowie swój wieczór autorski, jego wiersze recytowała na nim Alina Nitschówna, studentka biologii UJ, moja przyszła matka.
Zebranym słuchaczom, jak mówiono, podobały się zarówno wiersze, jak recytatorka.
Znajomość po wojnie została odnowiona i w późniejszych latach podtrzymywana. Rodzice odwiedzali go czasem w Łodzi, czasem w Zakopanem. Z kolei gdy Sztaudynger bywał w Krakowie spotykał się z rodzicami, odwiedził nas kiedyś na Rakowickiej, częściej jednak myśmy jego odwiedzali. Bo i ja, gdy podrosłem, zostałem wciągnięty w znajomość, w tym przypadku zresztą cała przyjemność po mojej stronie. Polubił wiele spośród śpiewanych przeze mnie piosenek, niektóre nagrywał sobie, by móc ich słuchać i w Zakopanem.
Co mu śpiewałem? Pieśni turystyczne, ludowe, trochę z Okudżawy, trochę z Grzesiuka i z Chyły. A przede wszystkim dziadowskie "A w Warszawie mieście", "Żył raz człowiek Makary", "Balladę o Gagarinie", "Balladę o Edwardzie VIII i o Simpson", "O wojnie Trojańskiej", "O Mickiewiczu", , "O zestrzenieniu Powersa", "O Łajce i Chruszczowie" "Ułan" "Na Tamke pod 13", "Daleka jest droga do Rio", "W górach jest wszystko co kocham", "Płomienie"

Nadszedł rok 1970. Sztaudynger znalazł się w III Klinice Chorób Wewnętrznych. Mama wybrała się z odwiedzinami i po powrocie mówi:
- Może byś wybrał się do niego?
- Bardzo chętnie.
- Zabierz gitarę.
- Gitarę? do szpitala? do chorego?

Na szczęście prof. Aleksandrowicz ma mniej oficjalną postawę i aprobuje wszystko, co może chorych rozradować, podnieść na duchu lub przynajmniej poprawić samopoczucie.

Następny więc raz, było to 29 lipca 1970 towarzyszyłem matce. Biedny Sztaudynger ożywił się naszym przyjściem. Chwilę mama recytowała Norwida i jeszcze inne wiersze - może coś jego własnego? potem mnie zostawiła, żebym śpiewał. Więc śpiewałem i obiecałem niebawem przyjść ponownie.

Niestety dopiero po tygodniu udało się mi wybrać. Poza śpiewaniem wiele rozmawialiśmy. Też o piosenkach, piosenkarzach i zespołach. Skaldach, Czerwonych gitarach, Trubadurach i innych. O festiwalach Opolskich i Sopockich. Ze zdziwieniem dowiedziałem się, że wszystkich Sztaudynger najbardziej lubi Kunicką. Na szczęście nie zdążyłem jej jeszcze skrytykować i uniknąłem strzelenia gafy.
Następnego dnia przeżyłem pewne emocje, bo w szpitalu była milicja, na bramie ogłoszenie, że wstrzymuje się odwiedziny w związku z kradzieżami w szpitalu. Niewiele brakowało, byłbym zawrócił. Ale już mnie i moją gitarę zapamiętali portierzy i wnet znalazłem się przy łożu chorego. Tym razem była rodzina poety, więc miałem śpiewać i dla nich. Chory miał podwójną uciechę - ze słuchania i obserwowania reakcji swych bliskich. Zwłaszcza, gdy śpiewałem "A tu się pali jak cholera, jak cholera, jak cholera..."

Ostatni raz byłem u niego 29.VIII, miesiąc po pierwszych odwiedzinach. Szaudynger czuł się wyraźnie gorzej. Jakby zdając sobie sprawę, że już mu niewiele zostało czasu, był wszystkiego nienasycony, zachłannie chłonący radości życia i zarazem tryskający nim. Oglądał mecz na szpitalnym telewizorze emocjonując się grą piłkarzy i komentując często. Raz po raz zaglądał do niego ktoś z personelu medycznego, to lekarze, to pielęgniarki. Każdemu Sztaudyger mówił, że musi posłuchać, jak śpiewam pieśni dziadowskie. Śpiewałem więc raz po raz, a Sztaudynger z wielką uciechą obserwował zachowanie słuchaczy. "Na Tamkie" musiałem odśpiewać trzykrotnie. Wreszcie zainterweniowała żona, żartobliwie stwierdzając, że wypędza wszystkich, bo choremu trzeba odpoczynku.

Następnego dnia wyjechałem na kilka dni do Zakopanego, na występy w festiwalu "Tatrzańska Jesień". Gdy wróciłem do Krakowa, Sztaudynger już nie żył.